Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Aktualne wydanie

Inwazja robotów

18-12-2017 Autor: Lechosław Hojnacki

Jako człowiek niewiele młodszy od najstarszego polskiego komputera mam okazję śledzić kolejne, często burzliwe romanse technologii z edukacją z pewnego dystansu. Widywałem, jak się zaczynały i jak przygasały.

 

Nowe elektroniczne wynalazki wywołują fale technologicznego naporu na edukację. Każda taka fala związana jest z oczekiwaniami, iż nowe narzędzie usunie jakieś poważne wady edukacji, a jednocześnie rodzi opór pod hasłem, że w roli nauczyciela „nic nie zastąpi żywego człowieka”. Ten opór zrodzony jest z obaw, że jednak ktoś będzie próbował nas zastąpić. Potem nowość powszednieje i czasem znika, a czasem znajduje sobie jakieś miejsce w edukacyjnej rzeczywistości.

Pierwszą falą były elektryczne maszyny uczące, które miały wyrugować niecierpliwość i nieprzewidywalność żywego nauczyciela dzięki nieskończenie cierpliwemu serwowaniu tzw. nauczania programowanego. W istocie oferowały jednak nudne powtarzanie w kółko tych samych czynności. Maszyny uczące odeszły w przeszłość, ale gdzieś w bocznej linii wykiełkowały z nich świetne narzędzia wspomagające budowanie zaangażowania, motywacji i radości uczenia się dzięki pomysłowemu wykorzystaniu naszych naturalnych odruchów i procesów grupowych (czasem tak proste, jak choćby popularny Kahoot!).

Internet zrodził nową falę – platformy e-learningowe, które miały usunąć ograniczenia czasu i miejsca pobierania nauki, a przy okazji potanić edukację. Budziły powszechne i silne obawy, jednak dziś platformy dojrzały technologicznie, a my (do nich) mentalnie i ani nikt z nimi nie walczy, ani ich nie przecenia.


Trzecia fala jeszcze trwa i wciąż wielu przeraża. Myślę o smartfonach, które z jednej strony wywołują entuzjazm jako uniwersalny kieszonkowy zestaw środków dydaktycznych, o którym jeszcze niedawno mogliśmy tylko pomarzyć. Z drugiej strony obawiamy się, czy uczniowie sami nie zastępują smartfonem siebie nawzajem i nas.


Czwarta fala cyfrowa, która właśnie wlewa się do szkół, jest inna niż poprzednie. Kroczą w niej zastępy małych, ruchliwych, czasem i gadatliwych stworków, które dają się programować, czym kto chce: guziczkami, językami programowania, a nawet… kredkami. Ostrzegałem już na tych łamach, że roboty edukacyjne (bo o nich mowa) podstępnie kupują akceptację i uczniów, i nauczycieli, ale to, co zaczynają wyprawiać, to już prawdziwa inwazja. Na wstępie uśpiły naszą czujność: nikt nie woła, że ktoś chce robotami zastąpić nauczyciela (a przecież to się samo narzuca). Potem zaczęły pokonywać pozornie trwałe zabezpieczenia konstrukcyjne szkoły: poziome (przedmioty szkolne) i pionowe (lata szkolne). Roboty miały służyć do nauki programowania, a tymczasem masowo atakują inne przedmioty. Żeby jeszcze zarażały tylko matematyków! Robota w akcji można dziś przyłapać na lekcji angielskiego, polskiego czy nawet – o zgrozo! – historii (dla niepoznaki przebranego czasem w zbroję z papieru lub z drukarki 3D). Wyciągają uczniów z ławek i na dodatek za nic mają bariery wieku. W ostatnim czasie byłem świadkiem wielu niepokojących zdarzeń. Widziałem ośmiolatków, którzy samodzielnie sterowali jednookim bandytą na gąsienicach, nastolatków, którzy podczas lekcji i przy nauczycielu marnotrawili czas na tresowanie gadatliwego gnoma adresowanego do kilkulatków, a nawet poważną urzędniczkę edukacyjną raźnie raczkującą z iskrą w oku po macie w kratkę w towarzystwie statecznych z pozoru nauczycielek.

Nowa choroba tak zniszczyła nasz system immunologiczny, że już nawet wyłączenie robota nie gwarantuje przywrócenia porządku: owładnięci nią nauczyciele i uczniowie rozkładają lub wręcz malują na podłodze jeszcze większe kratownice i zaczynają programować… siebie nawzajem. Projektują gry, tworzą hipotezy, plany i strategie, weryfikują je, łączą ruch z wysiłkiem umysłowym, dyskutują, współpracują i radują się nauką.
Jeżeli czytelnik niniejszego tekstu, dotarłszy do tego miejsca wywodu, zamiast rosnących obaw przed postępującą robotyzacją szkoły zaczyna odczuwać rosnący entuzjazm, że oto właśnie rozmawiamy o dobrej, nowoczesnej edukacji, w której roboty są składnikiem nowego przepisu na klej pozwalający połączyć – tam, gdzie widać pęknięcia – teorię z praktyką, naukę z radością tworzenia, samodzielność ze współpracą, przedmioty ze sobą nawzajem, a szkołę z sensem edukacji, to znaczy, że jest już, podobnie jak ja, zarażony. Zarażony wrażeniem, że roboty (i programowanie w jego edukacyjnym ujęciu) pomagają nam ulepszyć edukację w jej wielu naraz, także zupełnie nietechnologicznych aspektach.

Chciałbym, aby okazała się prawdziwa kusząca hipoteza, że z wolna technologie dojrzewają do edukacji, a my do nich, i że kolejne małe i duże wynalazki będzie nam coraz łatwiej adaptować dla dobra rozwoju umysłowego, społecznego i fizycznego naszych uczniów. Niech to będzie moje noworoczne życzenie dla nas wszystkich.
 


Lechosław Hojnacki – nauczyciel-konsultant, wykładowca i trener. Zajmuje się m.in. edukacyjnymi zastosowaniami mobilnych technologii cyfrowych i nowoczesnymi metodami edukacyjnymi. Autor szkoleń, programów oraz licznych publikacji naukowych i popularyzatorskich o tej tematyce. Prowadzi autorski niekomercyjny serwis edukacyjny Enauczanie.com.

______________________________________________________________________________________________________________________________________

Informacje o cookies © 2018 PRESSCOM Sp. z o.o.